Pogubiłam się. Nie wiem, czy to kryzys, czy coś poważniejszego. Ciągle nie jestem szczęśliwa. Od momentu urodzenia córci (czyli niebawem 2-ch lat) nic się nie zmieniło. Cały czas tkwię w tym beznadziejnym punkcie bez perspektyw na lepszą przyszłość. Nie potrafię podjąć żadnej konkretnej decyzji, bo żadna opcja nie jest dobra (na pierwszy rzut oka). Są tylko złe. Dodatkowo w kwestii zawodowej zaczyna dopadać mnie przesilenie emocjonalne. Jestem wulkanem, który lada moment może wybuchnąć i zniszczyć wszystko dookoła. Boję się tego, ale i chcę… Może właśnie takie gwałtowne działanie coś by zmieniło? Jeśli nie zwolnią, to może wreszcie docenią? Nie chodzi o docenianie, jak wcześniej (zostaniesz dłużej, zrobisz więcej, bo jesteś taka dobra, że się poświęcisz dla nich), tylko finansowe. Już dłużej nie mogę tak ciułać!
Gorszy kryzys dopadł mnie w małżeństwie. Nie wiem czego chcę. Być razem. Nie być razem. Mam wrażenie, że nawet rozejście się nie zrobiłoby na mnie żadnego wrażenia. Stałam się taka jakaś inna… oschła, nieczuła, oziębła, znudzona. No właśnie, chyba najbardziej znudzona. Myślałam, że to wspólne sobotnie wyjście nam pomoże. Pomogło, ale tylko na sobotę i niedzielę. Później było tak samo. Mam taki mętlik w głowie, że nie wiem, czy kocham, czy nie kocham. Zgubiłam się.
Nie jestem szczęśliwa. Ba, jestem nieszczęśliwa. Czuję się niepełnowartościowym człowiekiem. Nie spełniam się ani zawodowo, ani jako matka i żona. Zbyt wiele widzę w sobie niedoskonałości, żebym mogła żyć normalnie. Przeszkadzają mi. Ja, zawsze ambitna, dość twarda albo raczej zagryzająca poranione wargi i ocierająca cieknące łzy, ale idąca małymi kroczkami do przodu. Zaczęło się od tego, że nie mogłam znaleźć pracy w zawodzie. Praca w sklepie mnie zniszczyła. Już nie wierzę, ani w dobre studia, ani w znalezienie pracy bez znajomości, ani w docenianie nawet przez rodzinę.
Nie wiem, co dalej………………….